Indonezja cz.2

Po Jawie i Sumatrze naszym następnym przystankiem było Bali. Wyspa znana z kolorowych folderów biur podróży, na których widać romantyczne scenerie i ekskluzywne hotele. Mnie na początku rzucił się w oczy ogromny kontrast architektoniczny. Balijskie świątynie hinduistyczne są niezwykle fotogeniczne, a ich lokalizacje często sprawiają, że aparat sam wyciąga się z plecaka.
Bali - Jedna z wielu świątyń w Ubud
Na początku Bali wydało nam się również spokojne i znacznie mniej zatłoczone w porównaniu do Jawy. Oczywiście ma się to tylko do centralnej i północnej części wyspy, gdyż południowa jest…ciężko to oddać słowami, ale jest tam bardzo dużo ludzi i pojazdów. 🙂 W Kucie, gdzie kolorowy tłum turystów z całego świata miesza się z lokalnymi mieszkańcami, jest naprawdę ciężko wytrzymać komuś, kto nie przepada za takim wakacyjnym tumultem. Nie pomagało też ciągłe nagabywanie o zakup czegokolwiek, wynajem skutera czy specjalny masaż. 🙂 Na szczęście znaleźliśmy od tego miłą odskocznię w postaci północnego wybrzeża. Amed, w którym spędziliśmy Święta w towarzystwie naszej poznanej w trasie motocyklowej ekipy, Bretta, Bena i Stefana, to oaza spokoju, plaża z czarnym, wulkanicznym piaskiem i świetne miejsca, aby pierwszy raz w życiu spróbować nurkowania, i to od razu w obecności wraku okrętu. Lovina, gdzie świętowaliśmy nadejście Nowego Roku, to z kolei bardziej miejskie, choć nadal spokojne miejsce, pełne doskonałego jedzenia serwowanego w lokalnych warungach (lokalnych odpowiednikach małej gastronomii).
Miłą odskocznią od bali jest znajdująca się 2 godziny rejsu promem na południowy wschód, mała wyspa Nusa Penida. Tutaj wybrzeże usiane jest wysokimi klifami, stromo wpadającymi do szafirowej wody.
Nusa Penida - Schody + buty motocyklowe = dość męczący spacer
Wąskie dróżki, uczęszczane głównie przez lokalnych mieszkańców oraz panująca dookoła cisza są dla nas idealną odmianą od kakofonii Bali. Spotkany na promie Rosjanin, który z Bali przeprowadził się tu pół roku temu mówił nam, że to niestety kwestia dosyć krótkiego czasu, zanim duże sieci hotelowe „odnajdą” Nusę Penidę i zmienią jej obecną formę. Wracając promem na Bali nie mogliśmy uwierzyć, że tak blisko siebie mogą leżeć dwa tak różne „światy”.
Po kilku dniach przerwy od jazdy motocyklem, z radością udaliśmy się na Lombok, który jest następną wyspą archipelagu we wschodnim kierunku. Kilometry pięknych plaż to coś, czym tutaj można cieszyć  się w prawie w każdej części wyspy.
Lombok - kolejne kolorowe zakończenie dnia
Na Lomboku jest też potężny wulkan Rinjani (3726 m. n.p.m.), w którego okolice nie pozwoliła nam się zbliżyć szalejąca akurat w pełni pora deszczowa. Z wyspy można też publicznym promem dostać się na trzy małe, rajskie wysepki Gili, na których nie ma ruchu pojazdów silnikowych, a nurkowanie i snorkowanie z żółwiami wodnymi jest na wyciągnięcie ręki.
Z Lomboku mamy pierwszą dłuższą przeprawę promową na Sumbawę. Rejs trwa 7 godzin, ale na szczęście morze okazuje się łaskawe i nie buja promem za nadto. Całkiem przypadkiem też odkryliśmy sposób na podróżowanie indonezyjskimi promami w „biznes klasie”. 🙂 Otóż najwyższy pokład promu jest tylko do dyspozycji załogi, która ma ogrom miejsca oraz wygodne stoliki i krzesła, gdy masa ludzi na pokładzie poniżej stłoczona jest na podobnej przestrzeni.
Czas płynąć dalej
Za pierwszym razem nie zauważyliśmy oznaczeń, ale przyjazna załoga nie odmówiła nam miejsca, więc przy dalszych przeprawach promowych zawsze robiliśmy to samo, z takim samym, pozytywnym skutkiem.  Sama Sumbawa jest pod kątem turystycznym znacznie mniej rozwinięta. Jest tam kilka miejsc, gdzie światowej klasy fale tworzą ogromne beczki i przyciągają spragnionych wrażeń surferów. Nikomu nie przeszkadza zaniedbane otoczenie czy brak jakiegokolwiek nocnego życia.
Sumbawa - Lakey, czyli kolejny raj dla surferów
Tutaj przyjeżdża się by być na wodzie, więc o 22 wszyscy już śpią, a gdy my jemy śniadanie, wszyscy już dawno są na wodzie. 🙂
Następnym etapem naszej indonezyjskiej podróży jest Flores. Wyspa, na którą docierają ludzie, którzy chcą odwiedzić Park Narodowy Komodo i jego najsłynniejszych mieszkańców, czyli warany.
Rinca - Widoki nie do opisania
Na wycieczkę warto zapisać się w jednym z licznych biur podróży, zlokalizowanych na głównej ulicy Labuan Bajo. Zbierają one grupę około 10 osób (w zależności od wielkości łodzi) i płyną z nią na jedno, dwu lub trzydniowe wycieczki. Nasza wycieczka obejmowała jeden nocleg na wodzie i…przeżycia były fantastyczne. Obcowanie z waranami w ich naturalnym środowisku, i nie mam tu na myśli tych kilku osobników, leżących pod oknami kuchni dla strażników i liczących na spadające z góry kąski, to wspaniałe doświadczenie.
Rinca - Sławny waran
Ogromna jaszczurka, mierząca do 3 metrów wzbudza respekt poruszając się przez las, a gdy idzie w twoim kierunku, od razu odchodzisz na bok. 🙂 Drugą atrakcją z przedstawicielami lokalnej fauny w roli głównej jest nurkowanie z mantami. Mają one tam swoje miejsce, do którego przypływają na…czyszczenie. 🙂 Małe rybki wyjadają im z grzbietów pasożyty, a my tymczasem mamy niepowtarzalną okazję do obserwowania tego widowiska z góry. Sam nie wiem, co zrobiło na mnie większe wrażenie, warany czy manty.
Flores - Ekipa w drodze na plaże
Dalsza część Flores to dla nas cudownie kręte i równe asfalty, doprawione pięknymi widokami dookoła. W Labuan Bajo poznajemy Natalie z Kanady, która decyduje się zająć miejsce pasażera na motocyklu Stefana. Przez najbliższe 4 dni jedziemy więc we czwórkę, ciesząc się swoim towarzystwem i dobrą atmosferą.
Bena - FeelTheWorld plus Natalie i Stefan
Podejmujemy też kolejną próbę zobaczenia wschodu słońca na wulkanie Kelimutu. Pomni poprzednich doświadczeń, nie mamy zbyt wielkich nadziei, ale w końcu kto nie próbuje ten nigdy tego wschodu słońca nie zobaczy. 🙂 Oczywiście nocna wycieczka motocyklami zostaje zwieńczona ogromną, nieprzejednaną i gęstą jak smoła chmurą, która nie pozwala nam dojrzeć słońca, ani nawet kolorowych jezior w kraterze wulkanu u naszych stóp. 🙂
Ostatnia przeprawa promowa w Indonezji jest godna swej pozycji. Czternaście godzin na niespokojnym morzu daje się we znaki każdemu. Górny pokład, na którym załoga dzieli się z nami smażonymi bananami (choć nie wszyscy mają na tyle spokojne żołądki, by je jeść 🙂 ), jest idealnym miejscem na przywiązanie hamaków, które w dużym stopniu niwelują bujanie się promu. Minusem jest natomiast to, że pokład, choć zadaszony, to jest otwarty po bokach i ze snu, co raz wyrywa nas szalejąca wichura i padający deszcz. Do tego dochodzi dziwne uczucie braku kontroli nad własnymi nogami, gdy próbujemy przemieszczać się po skaczącym w górę i w dół pokładzie.
Relaks na promie zanim zaatakowała choroba morska :(
Gdy prom przybija do przystani o 2 w nocy, wyspa Timor wita nas solidną burzą, a woda z kałuż wlewa nam się do butów motocyklowych górą. Na szczęście udaje się obudzić sympatycznego gospodarz hostelu, który zabiera nasze przemoczone rzeczy do suszarni, a my padamy spać. Przy śniadaniu, ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że naszą towarzyszką w pokoju jest Marta, która samotnie przemierza świat z plecakiem. Dobre wibracje sprawiają, że wspólny czas upływa szybko, ale wszyscy wiemy, że musimy się jeszcze gdzieś przecież spotkać. 🙂
Ostatnim krajem, jaki odwiedzamy na azjatyckim odcinku naszej wyprawy jest Timor Wschodni. Jedna z najmłodszych demokracji na świecie i kraj potężnego kontrastu. Z jednej strony wysokie, wręcz europejskie ceny w dolarach amerykańskich, który jest tu oficjalną walutą, z drugiej zaś bardzo niska jakość, którą za tę cenę dostajemy oraz bieda żyjących tu ludzi. Dla nas jednak celem pobytu jest wyczyszczenie naszych motocykli tak, aby po przybyciu do Australii, zostały do niej wpuszczone. Nie mogą one mieć na sobie krzty oleju, błota, kurzu, nie wspominając już o zwłokach owada pomiędzy żeberkami chłodnicy oleju. Rozłożenie motocykli na części, rozpakowanie bagażu oraz pedantyczne wyczyszczenie wszystkiego zajmuje nam 5 dni ciężkiej pracy, od której przecież trochę się ostatnio odzwyczailiśmy. Efekt na szczęście jest bardzo pozytywny, gdyż jesteśmy już w Australii, a nasze motocykle przeszły inspekcję śpiewająco. Teraz czas na pogoń za kangurami…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *