Indonezja: Sumatra i Jawa

W Indonezji spędziliśmy dwa i pół miesiąca, pełne zaskoczeń. Ten wyspiarski kraj jest ogromny pod kątem geograficznym, ma 200 milionów mieszkańców, co czyni go czwartym pod tym względem na Ziemi. Jest do tego niesamowicie zróżnicowany,  występują tu różne języki, na większości wysp dominuje Islam, ale przeplata się on z Hinduizmem na Bali czy Chrześcijaństwem na Sumatrze i Flores. Do tego dochodzą jeszcze stare, animistyczne praktyki i lokalne wierzenia. Prawdziwy tygiel kulturowy? Zdecydowanie tak, ale to czyni ten kraj niezwykle ciekawym i różnorodnym.

Ania i jej fanklub

Nasza przygoda z Indonezją rozpoczęła się na Sumatrze, a konkretnie w Medan, gdzie wylądowaliśmy po krótkim locie z Malezji. Pierwsze wrażenie to ogromny szok. Na ulicach panuje chaos, stan techniczny pojazdów nie ma dla nikogo znaczenia, a śmieci lądują tam, gdzie konsumpcję zakończą ludzie. Brzmi znajomo? Tak, dla nas skojarzenia z Indiami były początkowo jednoznaczne. 🙂 Odbiór motocykli z pobliskiego portu w Belawan przebiegł bardzo sprawnie i po kilku godzinach „nawijaliśmy” na koła swoje pierwsze kilometry w tym kraju. Niby wiedzieliśmy, że motocykle nie mogą wjeżdżać na autostrady w Indonezji (podobnie jak w Pakistanie), ale oczywiście postanowiliśmy to zignorować. 🙂 Skończyło się nadgorliwym obywatelem, który zajechał nam drogę i nie pozwolił opuścić autostrady bez pomocy jej obsługi, w oznaczonym aucie. Gdy jednak wyjechaliśmy za miasto, okazało się, że okolica jest bardzo…zielona.

Jedna z wiosek w okolicy Bukkitingi

Środek pory deszczowej sprawia, że lasy porastające okoliczne góry zachwycają kolorami. Szybko dojechaliśmy nad jezioro Toba, gdzie potrzebowaliśmy kilku dni na wyleczenie uporczywego przeziębienia. Teren ten zamieszkuje ludność zwana Batakami, lubująca się w mięsie psa, które na szyldach przydrożnych jadłodajni oznaczane jest, jako B1. Na koniec pobytu mieliśmy odwiedziny z Polski. Arek i Julka postanowili skrócić sobie swoje tajskie wakacje by się z nami spotkać. Pomijam fakt, że podróż wynajętym autem zajęła im dwa razy więcej czasu niż planowali, kosztowała zniszczoną oponę, lusterko oraz…słabe samopoczucie po pierwszej wieczornej biesiadzie do rana! 🙂

Kolejne odwiedziny przyjaciół - tym razem Arek i Julka, którzy musieli pokonać wiele trudności, aby się z nami spotkać ;)

Dalsza część podróży po Sumatrze, jak i całej Indonezji z resztą, upłynęła nam w znacznie wolniejszym tempie niż to, które zakładaliśmy. Drogi są dosyć zatłoczone, królują na nich wszechobecne skutery, często prowadzone przez dziesięcioletnie dzieci, które powinny przecież jeździć na rowerach. 🙂 Do tego nawierzchnia za sprawą deszczu w okamgnieniu potrafi zmienić się z równego asfaltu w błotniste grzęzawisko. To wszystko sprawia, że nieraz pokonanie 250km jest zadaniem na 7-8 godzin. Na Sumatrze przekraczamy równik i chwilę później jesteśmy na południowej półkuli, co oznacza, że drugi raz w tym roku zaczyna się dla nas lato! 🙂

Przekraczamy równik

Ani motocykl jednak nie ma na to ochoty i dokładnie na równiku rozładowuje akumulator, oznajmiając, że dalej nie ma zamiaru jechać. Szybka zamiana baterii i udaje nam się ruszyć w stronę Bukittingi. Tutaj poznajemy dwóch innych motocyklistów, którzy podróżują z Londynu do domu. Brett jedzie do Australii, a Ben do Nowej Zelandii. Nasze ścieżki będą się jeszcze często splatać w trakcie tej podróży. 🙂

Wycieczka po okolicy Bukkitingi z nowo poznanymi motocyklistami

Powoli końca dobiega nasza pierwsza wiza w Indonezji i w Bengkulu udaje nam się wyjątkowo sprawnie ją przedłużyć o kolejny miesiąc. Południowe wybrzeże Sumatry pozwala nam podziwiać Ocean Spokojny w pełnej krasie. Długo na to czekaliśmy, jednak często plaże te są kamieniste i niedostępne, więc marzenia o rozbiciu namiotu jak w Malezji musimy odłożyć na kiedy indziej. Oczywiście są wyjątki i miejsca, w których czas płynie znacznie przyjemniej, jak Ricky’s Beach House. Relaks na plaży, pyszne jedzenie, muzyka na żywo i wspaniałe towarzystwo Olgi i Magdy spotkanych na miejscu, sprawia, że będziemy tę lokalizację długo pamiętać. 🙂

Przypadkowe polskie spotkanie z Magda i Olgą

Jawa

Po pierwszej przeprawie promowej lądujemy u wybrzeży Jawy. To najbardziej zaludniona wyspa archipelagu i od razu się to czuje. Ruch jest gęsty, miasto wydaje się sąsiadować z kolejnym miastem, a wioska z wioską. Gdzie się podziały te wyludnione fragmenty dróg przez dżungle z Sumatry?! Staramy się uciec na południe wyspy i trzymać się drogi wzdłuż wybrzeża, która obiecuje piękne widoki.

Plaża WatuKarung

Codziennie pada. Jak mamy szczęście to zaczyna o 17, jak nie to jakieś dwie godziny wcześniej. Staramy się wstawać rano (co nie wychodzi najlepiej, ze względu na moje „uwielbienie” do wczesnych pobudek 🙂 ), ale mimo tego zwyczajem staje się, że w trakcie ostatnich 15-20 km niebo się otwiera i dojeżdżamy do celu doszczętnie przemoczeni. W takich warunkach spanie w namiocie jest mocno utrudnione, a nasze ubrania motocyklowe, nie mogąc porządnie wyschnąć, wydzielają mało cywilizowane zapachy. 🙂 Dotychczas napotykaliśmy na zasadniczy problem w zdobyciu trunku innego niż piwo. Nastraszono nas, by nie dać się skusić na lokalny arak, gdyż dosyć często zdarza się, że jest on „doprawiony” alkoholem etylowym. Wina czy whisky nie uświadczysz w sklepach czy barach innych niż te, w dobrych hotelach. Tamtejsze ceny są jednak zdecydowanie poza naszym zasięgiem, więc pozostaje nam tylko Bintang. 🙂 Następnym celem jest Yogyakarta i słynna świątynia Borobodur, będąca jednym z symboli Jawy.

Borobudur o świcie

Wszystko to robi potężne wrażenie, jednak są dwie zasadnicze rysy na tym wizerunku. Jedna, dotyczy pogody, ale na to nie można się przecież poważnie złościć. Wstaliśmy w nocy by podziwiać wschodzące słońce i chwilkę przed momentem kulminacyjnym przyszła potężna chmura, zasłaniając całe widowisko. Druga dotyczy cen za bilety wstępu. W kraju, który generalnie nie jest drogi, cena biletów do parków narodowych czy innych obiektów turystycznych jest często bardzo wysoka. Za poranne wejście do świątyni należy w kasie zostawić około 120 zł od osoby. Porównanie tego do pysznego obiadu za 5 zł daje skalę tej dysproporcji. Nie można też obojętnie przejechać obok wulkanu Bromo. Ten najbardziej pocztówkowy widok Indonezji wita nas deszczem i przeraźliwym zimnem w postaci 15 stopni. 🙂 Przyzwyczajeni do średniej temperatury na poziomie 30-35 stopni odbieramy tamtejszą aurę iście zimowo. Jesteśmy tak przemoczeni i zmarznięci, że nie odpowiadamy na nawoływania człowieka, który, jak się później okazało, był strażnikiem parku i chciał nas obciążyć kolejną niemałą opłatą. Bromo i jego położenie zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Widok z wulkanu Bromo na okolicę

Dookoła jest wielka połać szarego, wulkanicznego piasku. Teoretycznie jest tam wyznaczona droga, ale prawdziwą frajdą była jazda na azymut po tej równinie. Coś, co jednoznacznie kojarzy mi się z jazdą po Saharze. 🙂 Kolejnym wulkanem, który poznaliśmy był Ijen. Jego „specjalność” polega na tym, że z dna krateru wydobywana jest siarka. Lokalni górnicy wynoszą na powierzchnię kosze nią wypełnione. Każdy waży około 80 kg, a droga jest usiana kamieniami i z takim obciążeniem wydaje się być niemożliwa do przejścia.

Krater wulkanu Ijen - nocny spacer w oparach siarki

Można tam także zaobserwować błękitne płomienie, które powstają w wyniku samozapłonu oparów siarki w kontakcie z powietrzem. Można, ale nam nie było to dane, jak również wszystkie wschody słońca na wszystkich poprzednich wulkanach. Mówią, że wstawanie rano popłaca, jednak nie koniecznie w trakcie pory deszczowej. 🙂

 

Film Jawy i Sumatry dostępny jest w zakładce video, a więcej zdjęć w galerii.

One Response

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *